Huilcahuaín, Peru

Ostatniego dnia naszego pobytu w Huaraz, zmęczeni mocno porannym wstawaniem i wysokością, postanowiliśmy wybrać coś lżejszego dla ciała, a przy okazji dla portfela. Wybór padł na oddalony o 8 km od miasta kompleks świątynny Huilcahuaín (pisownia również: Wilcahauín, Wilkawain), wzniesiony w epoce preinkaskiej, pełniący m.in. funkcję centrum administracyjnego kultury Huari.

IMG_20140922_123519W przewodniku znaleźliśmy informację, że combi (rodzaj busika – przyp. aut.) odjeżdżają do Huilcahuaín z rogu ulic 13 de Diciembre i Comercio. Jako że nie posiadaliśmy mapy Huaraz ani dostępu do Internetu, jedynym sposobem dotarcia we wskazane miejsce było sugerowanie się wskazówkami mieszkańców i tak też znaleźliśmy, po około 30-minutowym kluczeniu po mieście, poszukiwany przystanek. Ruszyliśmy, gdy tylko bus się zapełnił – podróż trwała około 20 minut polnymi drogami w górę wzgórza. Wysiedliśmy na skrzyżowaniu, skąd, według miejscowych, najbliżej było do naszego punktu docelowego. Tak naprawdę na miejscu można obrać dwa kierunki: do głównego kompleksu Huilcahuaín oraz do mniejszego, Ichic Huilcahuaín. My udaliśmy się do kompleksu głównego, kilka minut od skrzyżowania, jednak nie było nam dane zobaczyć go na bliżej niż kilkanaście metrów, bo obiekt był zamknięty dla zwiedzających tego dnia (jak w każdy poniedziałek). Strażnik był nieubłagany, mimo nalegania i próśb.

IMG_20140922_133739Niedługo potem dołączyła do nas para turystów z Argentyny oraz dwie Niemki, z którymi, w obliczu nieustępliwości strażnika, postanowiliśmy przejść się do pobliskiego Monterrey, gdzie zwieńczeniem wyprawy miały być baseny termalne. Droga wiodła przez wzgórza i małe wioski, przez pierwsze pół godziny nie odnaleźliśmy żadnych oznaczeń, więc szliśmy zgodnie z prądem wody kanału, który biegł obok lub dopytywaliśmy o wskazówki miejscowych. Po ok. pół godziny na przydrożnych kamieniach zaczęły pojawiać się niebieskie strzałki wskazujące nam drogę. Na tę wędrówkę radzę zabrać dobre buty, bo ścieżka jest mało uczęszczana, wąska i kamienista, może być ślisko, ponadto czasem trzeba było “przedzierać się” przez zarośla.

Mimo wszystko, szło się spokojnie i przyjemnie, w dół wzgórza. Kilka razy mieliśmy wątpliwości, w którą stronę iść, bo oznaczeń było zbyt mało, ale po dwóch godzinach, zamiast obiecanej “godzinki”, dotarliśmy do miasta. Termy już zamykano (są czynne do 16:00), więc posililiśmy się wyczekiwanym od pierwszego dnia pobytu choclo con queso (kukurydza z serem – przyp. aut.) i busem wróciliśmy do Huaraz. Cóż, nie każda podróż musi kończyć się dotarciem do celu.

Paulina Ciecierska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *