9. Wokół Buenos Aires: Punta del Este

Gdy w Buenos Aires zaczyna się listopad i kwitną drzewa, wszyscy myślą już tylko o nadchodzącym lecie, o świętach Bożego Narodzenia i Sylwestrze, spędzanych najchętniej na urugwajskiej plaży w kurorcie Punta del Este.

Ale niektórzy z moich znajomych mogli sobie pozwolić na namiastkę wakacji już wtedy. I tak, podczas pewnego słonecznego popołudnia, otrzymałam zaproszenie na mały weekendowy wypad. Właśnie do Urugwaju.

Polecieliśmy w sześć osób, podekscytowani jak nastolatki na pierwszym wypadzie za miasto bez nadzoru rodziców. W prywatnym samolocie mojego kolegi co prawda nie otworzyliśmy butelki szampana, ale za to zjedliśmy ciasteczka z najlepszej cukierni w Buenos Aires. Był pogodny, sobotni poranek, lot trwał może z godzinę i to tylko dlatego, że moi argentyńscy znajomi uznali, że muszę zobaczyć całe miasto i sąsiadujące z nim plaże z lotu ptaka. Dowiedziałam się, gdzie najlepiej wieje, gdzie są najlepsze fale, gdzie w sezonie rozstawiają się najlepsze beach bary i gdzie imprezy organizuje największy prywatny bank w Argentynie, Banco Galicia, uważany przez elity za bodaj jedyną godna zaufania instytucję w kraju (notabene, niekoniecznie słusznie).

Z lotniska pojechaliśmy samochodami prosto na plażę, gdzie spędziliśmy kilka godzin, jedząc i kąpiąc się na przemian. Powietrze było ciężkie, wiatr gorący, a woda rozkosznie orzeźwiająca. Ale dopiero wieczór miał mi ukazać cały splendor tej południowoamerykańskiej Riwiery.

Bo nocą Punta del Este rozświetlone jest milionem kolorowych neonów, zachęcających do topienia rocznych dochodów w rozsianych wzdłuż wybrzeża kasynach. Bo w restauracjach cena za butelkę wina sprawia, że opada mi szczęka. Bo na pustych nieoświetlonych drogach gnamy 200 km na godzinę, wrzeszcząc jak opętani, ciesząc się nie wiadomo z czego i śpiewając na cały głos. Bo bezcłowe sklepy rozpalają iskry w oczach moich wszędobylskich znajomych, którzy przecież dobrze znają kosmopolityczne miasta całego świata, ale nie mogą się oprzeć kupieniu jakichś idiotycznych gadżetów, jak choćby latarek święcących na, dajmy na to, pół kilometra. Bo wchodzimy do kasyna, gdzie chłopcy udają szulerów, paląc cygara, a my, dziewczyny śmiejemy się, podekscytowane i zdenerwowane, sącząc brazylijskie drinki. Bo pijemy dużo Fernet Branca, ale bez nieodłącznej Coca-Coli, i chce nam się tańczyć, a w listopadzie kluby (boliches) jeszcze nie są czynne, więc jeden z chłopaków łapie iPada i głośniki i biegniemy na plażę. Bo ci wszyscy zasznurowani, pracujący i „godnie reprezentujący“ swoją klasę czy rodzinę ludzie nagle dostają małpiego rozumu, spuszczeni ze smyczy, wolni, pijani i zakochani, nagle zapominają o całym świecie. Bo tylko tak mogą. Bo o szóstej rano jednego z nich obudzi telefon i pojedzie do Montevideo, podpisać umowę w imieniu swojego ojca. Bo, odlatując następnego dnia, inny westchnie i powie, Qué ganas que ya sea enero, na co drugi pocieszy go, mówiąc, Aguantá, che, falta poco.

A gdy już wróciliśmy, ogarnął nas smutek. Rozjechaliśmy się do naszych domów. Upalne niedzielne popołudnie zachęcało tylko do zasłonięcia rolet i długiej siesty, ewentualnie do szybkiego spaceru po kubełek lodów w jednej z włoskich lodziarni na rogu ulicy.

A potem, ostatniej nocy jaką spędziłam w Buenos Aires, spotkałam się na pożegnalnego drinka z jednym z towarzyszy tej wiosennej eskapady. Wyraziłam zdziwienie ich zachwytem nad urugwajskim kurortem, plastykowo-metalowo-szklanej, wciąż rozrastającej się wakacyjnej mekki bogatych (i nie tylko) porteños, przypominającej Miami albo Palm Beach. A on wzruszył tylko ramionami, uśmiechnął się, trochę smutno, trochę pobłażliwie, a w końcu powiedział: Que querés que te diga, Kashita, eso es lo tenemos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *