Museo, czyli o dwóch takich, co okradli muzeum

Mexico City, 1985 rok. W Wigilie Bożego Narodzenia dwóch studentów weterynarii, Juan i Wilson, włamuje się do Muzeum Antropologii, dokonując największej w historii kradzieży dziel sztuki.

Grabież muzeum w mgnieniu oka urasta do rangi sprawy wagi państwowej, bo nie o byle eksponaty tu chodzi – skradzione artefakty to arcydzieła kultur prekolumbijskich, a wśród nich, miedzy innymi, wykonana z jadeitu maska pogrobowa samego Pakala, władcy państwa Majów! Chłopcy zgarniają skarby do plecaków i ruszają w kierunku Palenque z zamiarem sprzedania cennego łupu.  Od tego momentu rozpoczyna się  długie i daremne oczekiwanie widza na pełną napięcia i zaskakującą fabułę; na rozwój sytuacji i cos w rodzaju lejtmotywu, myśli przewodniej, której zapowiedź znajduje się przecież na samym początku w zdaniu inaugurującym film: Historia jest wymysłem tych, którzy ja piszą, a prawdę poznaje się zwykle na końcu historii. Niestety, historia o dwóch takich co okradli muzeum wydaje się być równie niespójna, niejasna, poszatkowana wewnętrznie i bezcelowa jak cale przedsięwzięcie dwójki bohaterów. (równie rozproszona, co skarby).

Kim jest Juan? Główny inicjator kradzieży jawi się nam jako miłośnik rdzennych kultur Mezoameryki i zdeklarowany antykapitalista. Świadomie i bezlitośnie podkupuje w młodszych członkach rodziny wiarę w Świętego Mikołaja, który jest przecież symbolem amerykańskiego kapitalizmu imperialistycznego. Jest skłonny uwierzyć, ze w legendach o pozaziemskim pochodzeniu Majów tkwi ziarnko prawdy, a historie podboju rdzennych ludów Ameryki Południowej i związanych z konkwistą grabieży ma w jednym palcu. Pochodzi z rodziny względnie zamożnej. Dlaczego wiec decyduje się na grabież eksponatów muzealnych? Film nie tylko nie daje odpowiedzi na to pytanie, ale zdaje się nie nasuwać żadnej myśli odnośnie możliwych motywów Juana. Czy jest to niejasne poszukiwanie sensu lub tożsamości w wykonaniu buntowniczego młodego człowieka, wyraz sprzeciwu wobec norm panującego systemu? A może wyraz bezcelowości   dotychczasowej egzystencji albo ucieczka z domowych pieleszy w poszukiwaniu innego, alternatywnego sposobu na życie? Nie wiadomo. Kradzież jawi się jako próba urzeczywistnienia nieokreślonych marzeń, jako ucieczka do znikąd, i zapada w pamięć bardziej poprzez brak pomysłu niż jego realizację.

Wrażenie ogólnego rozbicia i wynikającą z tego faktu irytacja znajdują niezamierzone odbicie w prowadzeniu kamery w początkowej części filmu. Liczne zbliżenia w polaczeniu krótkimi, zmiennymi ujęciami i filmowaniem z ręki, co skutkuje skaczącym i drgającym obrazem już po krótkim czasie powodują fizyczne zmęczenie dające się we znaki do tego stopnia, ze ogólna koncentracja i umiejętność skupienia się na treści filmu wymaga od mniej wytrwałego widza odpowiedniego nakładu energii i silnej woli. Huśtawka kamery jest wprawdzie celowym zabiegiem – przedstawiony w ten sposób wieczór wigilijny w gronie rodzinnym staje się przeciwieństwem spokoju i błogiej zadumy, staje się powierzchownym i meczącym spędem rodzinnym, generującym poczucie bezsensu i chęć ucieczki – ale ten dynamiczny sposób filmowania jest tak nachalny, ze uczucia rozdrażnienia i nieważkości wynikają z całkiem innych powodów niż wrażliwość artystyczna i empatia. które miałyby wynikać z zamysłu reżysera, a są skutkiem nadmiernej fantazji operatora. Gwałtowne zbliżenia, krótkie, zmienne ujęcia, szybkie panoramy wywołują raczej irytację, wreszcie niemal fizyczny ból i znużenie niż napięcie, wynikające z logiki sceny i emocji wyrażanych przez jej uczestników.

Najciekawszym elementem filmu  są chyba jego najważniejsi, niemi bohaterowie: eksponaty muzealne. W muzeum otoczone bałwochwalczym uwielbieniem, bezcenne, poza jego granicami tracą na doczesnej wartości – ich spieniężenie nie jest możliwe. Na plaży staja się zabawkami w rękach dzieci, upchane do plecaków wydają się zwykłymi, ceramicznymi naczyniami. Stale w innej funkcji, a jednak ciągle takie same, przeżyły podróż po Meksyku bez najmniejszego uszczerbku – w przeciwieństwie do inicjatorów całego przedsięwzięcia, Juana i Wilsona. Można pochłaniać je wszystkimi zmysłami, ale nie można ich zużytkować. Zdaja się kpić z doczesnej definicji ważności. Odporne na upływ czasu, niewzruszone, opierają się hardo  gorączkowym próbom przekształcenia ich w towar i spieniężenia ich wartości.  Stanowią jedyny stały element w chaotycznej historii, tak niejasnej i chaotycznej, jak sam film.

Reżyserowi można chyba  zarzucić brak pomysłu. Jakie wrażenie pozostawia po sobie główna postać? Czy jest skrzyżowaniem zagubionego idealisty i rozpuszczonego chłopca bez pomysłu na życie?  Kim jest Juan? Wrażliwym chłopcem, buntownikiem, poszukiwaczem prawdy i tożsamości, tragicznym bohaterem, a może głupcem? Czym jest kradzież i jaką ma funkcje? Może jest próbą przekształcenia malej podróży w wielka podróż zżycia, bogatszą w doświadczenia? Podróżą w dorosłość?

Końcówka filmu temu przeczy.  Chyba nie takie było założenie – rozdrobnienie i brak motywu zdaje się wynikać bardziej z braku koncepcji, niż z kalkulacji, chęci nakłonienia do głębszej refleksji nad……nad czym właściwie?

„Historia jest wymysłem tych, którzy ja piszą, a prawda tkwi jedynie w zakończeniu historii.” Pomijając kwestię tego, ile słuszności tkwi w tym zdaniu/pomijając pytanie, na ile to zdanie jest słuszne/ pomijając polemikę nad słusznością tego stwierdzenia, nie da się ono nijakprzełożyć na treść filmu, a tym bardziej na jego zakończenie, które w myśl przedstawionej maksymy powinno stanowić podsumowanie historii, zaokrąglić ją. Końcówka mogłaby być odwróceniem tej myśli, dowodem na to, ze historia być może nie kończy się nigdy i podlega nieskończonej ewolucji, gdyby nie fakt, ze przypomina raczej filmowa fuszerkę, wynikającą z braku koncepcji, niż świadomy zabieg. Film pozostawia lekko poirytowanego widza z poczuciem niedosytu.

Były lepsze filmy z udziałem Gaela Garcii Bernala. Niemiecki Tagesspiegel określił film jako głęboko płytki. Chyba słusznie.

…A jednak. Jury na festiwalu Berlinale przyznało filmowi Srebrnego Niedźwiedzia w kategorii najlepszy scenariusz. Film Alonso Ruizpalacios, luźno oparty na autentycznych wydarzeniach z 1985 roku, został wiec doceniony. Czy słusznie?   Być może z dobrego scenariusza można zrobić kiepski film, a z nieciekawego scenariusza stworzyć wybitne dzieło…

Źródła: https://www.tagesspiegel.de/kultur/museo-im-berlinale-wettbewerb-kurioser-kunstraub-in-mexiko/20994452.html

http://www.zeit.de/news/2018-02/24/berlinale-drehbuchpreis-fuer-museum-180224-99-227215

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *