„Ślimak”, czyli jak żyć tu i teraz. Historia niezwykłej rodziny urugwajskich podróżników

Cztery kontynenty. Trzydzieści krajów. Tysiące kilometrów. Gdy zaczynali, było ich dwoje. Teraz – są we czworo.

W 1999 roku Guillermo Urrutia i Catherina Romanelli zdecydowali wyjechać ze swojego rodzinnego Urugwaju, aby poznać bliżej inne kraje kontynentu. Sześć lat temu urodził się ich pierwszy syn, lecz to nie przeszkodziło im w kontynuowaniu tej niezwykłej przygody. Prócz Ameryki Łacińskiej, zwiedzili już Europę, Azję i północną Afrykę.

„Pomysł na podróżowanie zrodził się w mojej głowie 18 lat temu jako sposób na poznanie Ameryki Południowej, ale także poznanie samej siebie, dowiedzenia się, kim tak naprawdę jestem” – opowiada Urrutia. „W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że może to być nasz sposób na życie – że możemy zarabiać w trakcie podróży i tak też robimy”. Sprzedawali elementy biżuterii, małe przedmioty rękodzielnicze. Żyli z dnia na dzień, z dala od często uczęszczanych tras. Gdy znajdowali się wciąż blisko Urugwaju, kryzys z 2001 roku kazał im zawrócić. Przekroczyli Brazylię i po dłuższym czasie dotarli do Wenezueli, z zaledwie 40 dolarami w kieszeni. Nic ich jednak nie zniechęcało do tego, aby ruszyć dalej.

Pomiędzy jedną a drugą wyprawą urodzili się ich dwaj synowie, Unay i Mitai, lecz to nie stanęło na przeszkodzie w planowaniu dalszych wyjazdów tej urugwajskiej rodziny. Dzieci, jak twierdzą rodzice, pobierają naukę „bardzo doświadczalną”.

Za każdym razem, gdy ich coś interesuje, próbujemy nauczyć ich czegoś na ten temat. Mamy nadzieję, że będą mieli w sobie głód wiedzy.

Nieprawdą jest, że są bez przerwy w drodze. Od czasu do czasu wracają na chwilę do Urugwaju. Czasem któreś z nich zostaje na dłużej. Lecz, jak sami przyznają, nie o podróż chodzi, a o styl życia.

Nasze podróżowanie niewiele ma wspólnego z podróżowaniem kogoś, kto wyjeżdża na dwa tygodnie lub miesiąc do jakiegoś miejsca, gdzie ma zamiar zwiedzić znane atrakcje turystyczne i porobić zdjęcia. (…) Staramy się unikać miejsc typowo turystycznych, gdzie nie uświadczy się widoku największej góry czy wodospadu.

Życie tu i teraz

cnnespanol.com2

(Źródło: cnnespanol.com)

Od kiedy rozpoczęli swoją wędrówkę, miało miejsce pewne wydarzenie, które nie tylko naznaczyło ich podróż, lecz także ich życia. Był to moment, w którym ostatecznie wydali resztę swoich oszczędności na kupno kampera podczas swojego pobytu w Meksyku i tym samym – spełnienie swojego marzenia kontynuowania podróży po Ameryce Łacińskiej. Lecz w tym samym momencie urodził się Unay i „poczuli ogromny strach” – opowiada Urrutia.

„Znaleźliśmy się na środku meksykańskiej pustyni. Gościł nas na swojej farmie pewien bardzo interesujący człowiek. Wyznaliśmy mu, że nie mamy pojęcia, co zrobić z furgonetką, za to bez pieniędzy i z małym dzieckiem”. Na te słowa, odpowiedział nam:

Spokojnie, gdy opuścicie swoją strefę komfortu i skoczycie w pustkę, Bóg was poniesie.

I tym zdaniem dał nam określenie na coś, co czujemy od pierwszego dnia naszej wyprawy. Tym czymś było ryzyko, oddanie czegoś ważnego, „ponieważ życie w trakcie trwania odda ci to z naddatkiem”.

„Wiedzieliśmy, że nie możemy być dla naszego syna sfrustrowanymi rodzicami. I pomimo tego, że nie mieliśmy pieniędzy, powiedzieliśmy sobie: dobra, zaróbmy je, bo w innym wypadku będziemy tego żałować”.

Dla tej podróżniczej rodziny tym, co najbardziej pozytywne w ich niecodziennym stylu życia jest fakt, że żyją tu i teraz, nie martwiąc się nadto o tzw. „jutro”.  „To, co mamy na wyciągnięcie ręki i wszystkie zdarzenia, które dzieją się wokół nas, wykorzystujemy do pełna, ponieważ naszych głów nie mącą myśli na temat tego, co wydarzy się za trzy miesiące ani tego, co już miało miejsce” – dodaje. „Jesteś bardzo podatny na szanse, na spotkanie ze wspaniałymi ludźmi, którzy dodają wartości Twojemu życiu. Jesteśmy po to, by czerpać z rzeczy, które istnieją wokół nas”.

„Czasem zdarza się różnym osobom zaszyć w kącie i oddać się rozmyślaniom i zmartwieniom na temat tego, co muszą zrobić, co ich czeka i tym samym zapominają o tym, co przynosi im tu i teraz, o tych ludziach, których warto byłoby poznać. Codzienność sprawia, że zapomina się o ważnych rzeczach. W podróży tak nie jest” – dodaje Catherina.

Jak można tak żyć?

mapa-carakol

(Źródło: cnnespanol.com)

– Po co wyjeżdzasz?

– Żeby odnaleźć siebie.

– A nie może tego zrobić gdzieś bliżej?

Tymi słowami skomentowała pomysł mama Guillermo, gdy ten oznajmił jej, że planuje rzucić ciepłą posadę producenta audiowizualnego i wybrać się w niemającą końca podróż po Ameryce Południowej wraz ze swoją narzeczoną, Catheriną. Nie obyło się bez płaczu i czarnych wizji, ale para jak dotąd nie pożałowała swojej decyzji ani przez chwilę. Od dziecka obydwoje mieli w sobie ciekawość poznania tego wspaniałego kontynentu. Dobrze im szło w życiu zawodowym, ale chcieli się przekonać, czy nie można wyciągnąć z życia czegoś więcej.

Na pokładzie swojego kampera Winnebago z 1987 roku, swojego „Ślimaka”, jak to zwykli pieszczotliwie nazywać swój dom, Guille, Catherina, Unay i Mitai, mają wszystko, co im do życia potrzebne. Sześć metrów kwadratowych, w których za łóżka służą im rozkładane siedziska, gdzie mają małą kuchnię z umywalką, szafki, lodówkę i dwa palniki. Mają też łazienkę z ciepłą wodą, prysznic i toaletę z odpływem ściekowym. Do szczęścia nie potrzeba im absolutnie nic więcej, wszystko mają na miejscu, bez opłacania czynszu czy rachunków.

Guille i Catherine zarabiają w czasie podróży. „Gdy zaczęliśmy naszą podróż, pierwsze, co zrozumieliśmy, to to, że już nigdy więcej nie chcemy mieć szefa. Jesteśmy swoimi własnymi zarządcami, jesteśmy samorządni w tym, czego potrzebujemy” – mówi Guille.

Catherina jest malarką, Guille zaś – fotografem. Ich zarobki pochodzą ze sprzedanych obrazów, które tworzy ona i fotografii, które robi on. Ponadto napisali dwie książki dotyczące ich podróży. Jedna z nich nosi tytuł „Ślimak” i jest niejako sprawozdaniem z minionych niemal dwudziestu lat, opatrzonym rysunkami i zdjęciami. Druga książka to dziecięca opowieść stworzona przez ich syna.

„To bajka, którą opowiedział nam Unay, gdy miał zaledwie 4 lata. Było to w czasie, gdy podróżowaliśmy po wenezuelskich Andach. Rozmawialiśmy na temat Stanów Zjednoczonych, Ameryki Południowej i wtedy Unay zaczął opowiadać. Powiedział: „Ameryka to…” i zaczął mówić. „W tamtym momencie spisaliśmy tę historię, ponieważ wydaje nam się, że ma wiele wspólnego z tym, co dzieje się na naszym kontynencie. I sześć miesięcy później Catherina stworzyła do niej ilustracje. Nosi tytuł „Historia Ameryki według Unaya” i jest pierwszą częścią cyklu „Mitaí i Unay objeżdżają świat”.

page_1_thumb_large

(Źródło: issuu.com)

A co z kwestiami zdrowotnymi? Przede wszystkim – zapobieganie. Prowadzą zdrowy styl życia i dobrze się odżywiają, nie narażając się pochopnie na nikomu niepotrzebne dolegliwości. Wydawać by się mogło że w ciągłej podróży jest nieuniknione, a ryzyko zachorowania zwiększa się. Oni jednak świetnie dają sobie radę.

„Gdy przydarzały się nam jakieś drobnostki, udawaliśmy się z pytaniem o pomoc do instytucji publicznych i zawsze nas dobrze traktowano. Gdy zaś potrzebujemy nagłego wsparcia, dzwonimy do Urugwaju, do naszej homeopatki, która radzi nam, co robić w danej sytuacji”.

Wydaje mi się, że tym, co najodważniejsze (w tej podróży), jest uczynienie możliwym tego, co wydaje się być niemożliwe. Przezwyciężenie tyle trudnych przeszkód, aby osiągnąć upragniony cel, czyli w naszym wypadku – podróż dookoła świata pomimo braku pieniędzy. Możemy wszystko, największą przeszkodą jesteśmy my sami.

– odpowiada Urrutia na pytanie o to, co najcenniejszego jest w tym niezwykłym doświadczeniu.

nacimiento-mitai

(Źródło: cnnespanol.com)

Następny przystanek? Jechać dalej

Rodzina „Ślimaka” aktualnie podróżuje w kierunku Meksyku, gdzie planuje spędzić najbliższy rok. „Czy przewidujemy koniec podróży? Na ten moment nie, ale istnieje pewien pomysł. Podejrzewamy, że za około 10 lat życie odnajdzie nas ustatkowanych, z zapuszczonymi korzeniami w jakimś południowoamerykańskim miasteczku. Wiemy póki co jedynie tyle, że to miejsce na pewno będzie w Ameryce Południowej, gdzieś na łonie natury, ale gdzie dokładnie – tego nie wiemy.

Tysiące kilometrów od domu, bez zaplanowanego tygodnie w przód szlaku, bez konkretnej daty powrotu. Ich podróż przybiera nowe kształty z dnia na dzień. Może to być sposób na odnalezienie tego, czego w życiu od zawsze brakowało. Co poniektórzy odnajdują przy okazji absolutne szczęście. Przykład Guillermo,  Catherine i ich dwojga dzieci przypomina nam, że szczęście ma bardzo wiele wymiarów i dla każdego można znaczyć coś innego, a podróż to nie tylko planowane daty, urlopy i pakowanie walizek.

Źródła:

Conoce a la familia uruguaya que lleva 18 años viajando por el mundo

http://www.elpais.com.uy/domingo/viajeros-pasaporte-limites.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *