1. Wróciłem do dużego miasta

Wróciłem do dużego miasta. Trochę zasmucony, że wakacje, darmowe jedzenie i alkohol już się skończyły. Wróciły hałas i miejska wilgoć. Prowincja ma swoje zalety, choć tylko na chwilę.

Nie spodziewałem się, że spędzę te święta w ten sposób. Miasto Tauá, w którym zakotwiczyłem na czas Bożego Narodzenia wydaje się malutkie, głównie przez parterowe, najwyżej jednopiętrowe, budynki. 80 tysięcy mieszkańców nie robi wrażenia w Brazylii. Przypomina ono ulicówkę (wieś z główną drogą i zabudowaniami po obu stronach ulicy), głównie przez trasę stanową, od której z obu stron rozgałęziają się ujścia wgłąb miasta.

Zadziwiające było to, że jezdnie nie były aż tak dziurawe, jak się spodziewałem, może było to spowodowane tym, że wszędzie jeździliśmy pick-upem, głównie na pace (przewożeni jak bydło?). Doskonale przeżycie, gdy Leticia – dziewczyna, która nas do siebie zaprosiła – pędziła kilkadziesiąt kilometrów na godzinę, a my walczyliśmy z wiatrem. Do tego zakręty i (jednak) sporadyczne dziury dodawały emocji; za każdym razem, gdy tylko w jakąś wjechaliśmy, Peruwiańczycy krzyczeli „aii, rompeu el culo!” – „o! mój tyłek”! Leticia woziła nas tak po mieście, nas dziesięciu, od rodziny, do znajomego, bo jak to małe miejscowości mają w zwyczaju, wszędzie się ktoś „swój” znajdzie. Szlak ten się prawie nigdy nie kończył. No i przy większości okazji, zatrzymywaliśmy się u kogoś by wznieść toast cachaçą, narodowym trunkiem Brazylijczyków, produkowanym z trzciny cukrowej (38% alkoholu). Dobre, choć piją ją ciepłą, co utrudnia przełykanie.

W pierwszy dzień Leticia zabrała nas do stajni. Leti jeździ konno od ponad 10 lat, bierze udział w tamtejszych zawodach kowbojskich: cała zabawa polega na tym, że dwóch jeźdźców rywalizuje, kto pierwszy przewróci w biegu wołu, pociągając zwierze za ogon. Adrenalina buzuje, kurz i wrzaski. Niestety, nie uczestniczyłem w żadnym biegu, widziałem tylko krótkie wideo, na którym Leticia dzielnie walczy o miejsce na podium. Tubylcy nazywają ten sport vaquejada i dzieli się go na 2 typy konkurencji. Pierwsza to ta wcześniej opisana, a druga, bardziej nieodpowiedzialna i chyba bardziej widowiskowa, to wpuszczanie wołu w niewielki busz, w kolczaste drzewa i uganianie się za nim do czasu, aż się go schwyta. Poranione zwierzęta i twarze jeźdźców wydaja się nikomu nie przeszkadzać, są to objawy tak naturalne, jak kontuzje przy innych dyscyplinach sportu. Kowboje mają groźnie poharatane twarze.

Małe miejscowości najwidoczniej potrzebują tego typu zabaw, by marazm nie sięgnął nieba, a ludzie nie pozabijali nawzajem z nudów. My, amatorzy, byliśmy prowadzeni na koniu przez Leticię. I każda nagła zmiana tempa, każdy ruch, na który nie byliśmy przygotowani, powodowały zwiększenie tętna. Daleko nam było do lekkomyślnej jazdy w buszu… Wszystko odbywało się w „fazendzie”, gospodarstwie ojca Leti. Człowiek, obszarnik, posiadał sporo hektarów. Byliśmy też na jednym jego polu (uprawia głównie kukurydzę i trzcinę), zrywać limonki z drzewa, by stworzyć caipirinhę, typowy brazylijski koktajl alkoholowy z cachaçy. Limonek strzeże kolczaste drzewo i znaczna wysokość. Nie lada wyzwanie, gdy światło słoneczne już chowało się za horyzontem, a kolce wbijały się w palce.

Pojechaliśmy tam w wigilijny wieczór. Gwieździste niebo rozlewało się nad nami, nieustający upał. Po udanych zbiorach pojechaliśmy do siostry matki Leti. Tam odbywała się wigilijna festa. Grill i ognisko były już rozpalone, jedzenie już przygotowane, napoje schłodzone. Wigilijne potrawy w niczym nie przypominały naszego świątecznego stołu. Dania były oparte na mięsie wołowym i kiełbasie. Do tego feijoada, fasola z mięsem i inne tłuste, choć smakowite potrawy. Ryby nie uraczyliśmy. Jednak zaskoczyło nas to, że kolacja wigilijna może być tak mało oficjalna. Miała charakter zwykłego spotkania rodzinnego przy grillu. Bez wyjściowych strojów, bez żadnych obrzędów. Zapytałem panią domu, czy tak zazwyczaj wygląda świąteczna celebracja. Uraczyła mnie zdawkową odpowiedzią, że to zależy od rodziny; że są tacy, którzy przygotowują oficjalne kolacje, z indykiem, odświętnymi strojami, itp.

Kolejny dzień spędziliśmy w tym samym miejscu, by dokończyć to, co niezjedzone i niewypite zostało z poprzedniego dnia. Wieczór przywitał nas kolejną porcją rodziny i jeszcze większą ilością jedzenia i picia. Za tło służył nam brazylijski odpowiednik disco polo – forro. Muzyka ta jest religią prawie dla całego stanu Ceará. Po ulicach Tauá jeździły pick-upy z wielkimi głośnikami z tyłu, by, chcąc czy nie chcąc, słuchać ich jazgotu. Niesamowicie irytujące, ustawione na cały regulator, grające rytmy nie do zniesienia dźwięki. Wynalazek ten nazywa się paredão i mam wrażenie, że to szczyt marzeń większości młodych niedoedukowanych tubylców.

W inny znów dzień, Leticia zabrała nas do lokalnego radia. Tam, rozgadana prezenterka zabawiała słuchaczy. Naszym zadaniem było życzenie wspaniałych świąt (usadzono mnie przed mikrofon i poproszono o „wesołych świąt” po polsku), pochwalenie się, że do Tauá przybyli obcokrajowcy, śpiewanie („Imagine” Johna Lennona) i opowiedzenie, co robimy w Brazylii. Pod koniec, chwyciliśmy się za ręce i odmówiliśmy jakąś modlitwę, w ramach międzynarodowego pokoju i przyjaźni – niecodzienny moment dla ateisty. Na koniec obdarowano nas płytami z forro i opuściliśmy studio z uśmiechem na twarzach.

Ostatni dzień przyniósł kolejne niespodzianki. Ponowna jazda konno, pieczenie w ognisku caju, orzecha nerkowca i wspinaczka na szczyt. Caju to dziwaczny owoc o dość gorzkim smaku. Jego górna część, przypominająca małego rogalika, to orzech w łupinie, jedynym sposobem, by go wydobyć, to upieczenie go nad ogniem, a potem rozbicie łupiny. Dolna część, to gorzki w smaku owoc. Prosto z farmy udaliśmy się w kierunku wzgórza, które piętrzy się nad miastem. Planowaliśmy już wcześniej się na nie wspiąć, jednak decyzja by to wreszcie zrobić zapadła spontanicznie i większość z nas wchodziła tam w klapkach. Strome zbocze, skały, kaktusy, drzewa obrośnięte kolcami, parzące rośliny, a my w krótkich spodenkach i japonkach walczyliśmy z grawitacją. Mimo to, udało się nam dość żwawo zdobyć szczyt (ok. 500 m). Przygoda znów się zaczęła, gdy stamtąd schodziliśmy inną trasą. Oczywiście nie było żadnego wyznaczonego szlaku. Taniec na zboczu, by przedrzeć się przez te krzewy, trwał w nieskończoność. Zaczynało się ściemniać, co dodawało emocji, ale udało nam się dotrzeć do stóp wzgórza jeszcze przy ostatnich promieniach słońca. Wszyscy przeżyli, niektórzy wrócili z obtarciami i ukłuciami.

Przygoda w interiorze się skończyła. Nasza międzynarodowa grupa składała się z Argentyńczyka, Peruwiańczyków, Chilijczyków, Kolumbijczyków, Meksykanów i Polaka. Cenne doświadczenie przy poznawaniu języka hiszpańskiego, choć brak komunikatywności skazywał mnie czasami na wyobcowanie. Ale to nic, zaproszenie na przyszłoroczne święta już mam!

Bartosz Substyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *