
Literatura i muzyka to dziedziny bodaj najbardziej obfitujące w postacie owiane legendą. Wspomina się je zawsze z nostalgią, jako bardów danego regionu czy kraju. Nie inaczej jest z osobistością, o której chcę napisać w jej 59. rocznicę urodzin. Kolumbijczyk Joe Arroyo – już na zawsze pozostanie w pamięci ludu jako Kartagińczyk zakochany bez pamięci w Barranquilli i chwalący jej piękno.
Słynny Joe, a właściwie Álvaro José Arroyo González, urodził się w Cartagenie de Indias w 1955 roku, ale szybko związał się z miastem Barranquilla, w sąsiednim departamencie Atlántico. Można by rzec, że jest tytanem rytmów karaibskich. Najbardziej znany jest jako wykonawca i kompozytor salsy tropikalnej, choć w jego dorobku znajdziemy też takie rytmy jak cumbia, porro czy stworzony przez niego samego joeson – mieszanka gatunków, w której skład wchodzą: „socca, salsa, muzyka afrykańska, cumbia, bryza morska i pewne 50%, które rodzi się we mnie, ale nie mam zielonego pojęcia co to jest”. Jest ona owocem pracy orkiestry La Verdad, którą założył w 1981 roku.
Otrzymał niezliczoną liczbę Złotych Płyt oraz nagród przyznawanych podczas Karnawału w Barranquilli – Congos i Supercongos, wielokrotnie zaprojektowanych specjalnie dla niego. W końcu uwieńczeniem jego kariery było Latin Grammy z 2011 roku. Jednak tak naprawdę nie wydaje mi się, by tego typu wyróżnienia stanowiły prawdziwy wyznacznik tego, czym była jego muzyczna misja, której oddał się cały.
Tym punktem odniesienia, miernikiem wielkości wielkiego Joe jako artysty i człowieka jest raczej uznanie rodaków, duma jaką czują z posiadania tak godnego reprezentanta swojego kraju. To radość iskrząca w ich oczach za każdym razem, gdy wspólnie zaintonują „En Barranquilla me quedo”, „La Rebelión”, „El centurión de la noche” czy inny nieśmiertelny hit znany wszystkim pokoleniom, który karaibski bohater zostawił w spadku kolumbijskiemu narodowi. Oddają mu codziennie hołd – czy to mijając wzniesiony mu pomnik na Placu Muzyków, czy wysiadając i wsiadając na przystanku autobusowym noszącym jego imię. I chociaż zmarł w 2011 roku, nie można mu zarzucić, że nie dopełnił obietnicy. Śpiewał: „Zostaję w Barranquilli”. I został – już na zawsze. Pożegnały go tysiące, zalewając w pogrzebowym pochodzie ulice ukochanego miasta, którego już nie opuści.
Magdalena Borowska