Gdy Rosja zakochuje się w Meksyku – recenzja filmu „Eisenstein w Meksyku”

Od ubiegłego piątku na ekranach polskich kin gości najnowszy obraz Petera Greenawaya „Eisenstein w Meksyku”.

Zanim o samym filmie, wypada wspomnieć o dwóch reżyserach, a mianowicie o Peterze Greenawayu, twórcy filmu, oraz o Siergieju Eisensteinie, jego tytułowym bohaterze. Greenaway, Walijczyk, malarz z wykształcenia, zasłynął w 1982 filmem „Kontrakt rysownika”. Do jego bardziej rozpoznawalnych dzieł należą: „Wyliczanka” (1988), „Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek” (1989) oraz nawiązujący do słynnego obrazu Rembrandta „Nightwatching” (2007). Twórczość walijskiego reżysera, nagrodzonego dwa lata temu nagrodą BAFTA za wybitny wkład w brytyjską produkcję filmową, od zawsze charakteryzowały nowatorstwo i skłonność do eksperymentowania. U Greenawaya wyraźnie widać inspirację malarstwem epoki renesansu i baroku, a powracające motywy to kontrast między wyszukanymi kostiumami a nagością, światłem a cieniem oraz przyjemnościami cielesnymi a bolesną śmiercią.

Siergiej Eisentein, czołowy przedstawiciel socrealizmu, również nie stronił od eksperymentów, zwłaszcza w dziedzinie montażu. Jego film „Pancernik Potiomkin” (1925) wszedł do klasyki kina światowego. W 1930 roku sowiecki reżyser wyruszył do Meksyku, by tam nakręcić film „Niech żyje Meksyk!” („Que viva Mexico!”) finansowany przez małżeństwo Sinclairów. Eisentein spędził tam dwa lata, ale jego projekt nie został ukończony1. Film Greenawaya nawiązuje właśnie do tamtego okresu z życia reżysera i opowiada nie tyle o jego pracy twórczej, co o domniemanym romansie Eisensteina z jego meksykańskim przewodnikiem, Palomino Cañedo. Nota bene władze Rosji miały poważne zastrzeżenia do filmu właśnie ze względu na tę insynuację.

„Eisenstein w Meksyku” od samego początku hipnotyzuje widza przepięknymi zdjęciami i niecodziennym montażem. Kadry zmieniają się jak w kalejdoskopie. Mamy trójpodział obrazu i płynne przejścia od zdjęć kolorowych do czarno-białych. Grę kolorów dopełnia muzyka symfoniczna i całość robi naprawdę ogromne wrażenie. Niestety w miarę upływu czasu obraz zostaje zmonopolizowany przez nagość głównego bohatera, a dźwięk przez jego niekończące się monologi. Dalej akcja oscyluje już wyłącznie wokół uczucia rodzącego się między Siergiejem i Palomino, przez co film zasadniczo staje się romansem gejowskim. Jedna scena łóżkowa jest na tyle obrazowa, że co bardziej wrażliwy widz może mieć ochotę wyjść z sali kinowej. Tu widać rękę walijskiego reżysera – Greenaway nigdy nie stronił od nagości i erotyki.

Oczywiście w filmie Greenawaya znajdziemy także kulturowe akcenty, a konkretnie charakterystyczny dla Meksyku motyw śmierci. Reżyser koncentruje się na ukazaniu relacji między Erosem i Tanatosem. Eisenstein i Cañedo odbywają długą rozmowę na cmentarzu, snując rozważania na temat śmierci. Inna scena pokazuje ich wizytę w Guanajuato, gdzie znajduje się słynne muzeum ze zmumifikowanymi ciałami. Motyw śmierci pojawia się również w krótkiej scenie z pochodu z okazji meksykańskiego święta zmarłych. Natomiast czego fanom Ameryki Łacińskiej z pewnością będzie brakować w filmie to na pewno postaci Fridy Kahlo i Diego Ribery, z którymi Eisentein spotykał się w czasie pobytu w Meksyku. Postaci malarzy pojawiają się jedynie przez krótki moment na początku filmu, by już potem nie powrócić.

Wobec powyższego „Eisenstein w Meksyku” może być rozczarowaniem, jeśli spodziewamy się zobaczyć w nim jedynie kulisy pracy sowieckiego reżysera nad „Que Viva Mexico” lub poznać życie bohemy artystycznej Meksyku lat 30. XX wieku. Ponadto dla widzów niezaznajomionych z twórczością Greenawaya obraz może wydać się dziwaczny i pretensjonalny. Nie można natomiast filmowi odmówić mistrzowskiego montażu i zachwycających zdjęć i jest to główny powód, dla którego warto go obejrzeć. Poza tym nawet jeśli „Eisenstein w Meksyku” nie zawiera wielu elementów kultury meksykańskiej, to przedstawia jakże charakterystyczny dla tego kraju mariaż Erosa z Tanatosem.

Alexandra Trytko

Kino Latino

1Eisenstein nakręcił sporo materiału filmowego, ale nigdy go nie zmontował. Taśmy trafiły w ręce sponsora filmu, Uptona Sinclaira, który w 1934 roku zlecił zmontowanie z nich trzech filmów: „Thunder over Mexico”, „Eisenstein in Mexico” oraz „Death Day”. W 1979 roku radziecki reżyser, scenarzysta i montażysta Grigorij Aleksandrow stworzył z taśm Eisensteina pełną, prawie półtoragodzinną wersję i do tej pory najbardziej znaną wersję „Que viva Mexico”. Film można zobaczyć pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=QjDNmSJBgNk.